Nasi siatkarze zafundowali nam wczoraj prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Gdy przegrali dwa pierwsze sety meczu play-off z Gwardią Wrocław, od razu przypomniało się starcie tych drużyn sprzed dwóch tygodni. Tym razem jednak scenariusz meczu był zupełnie inny, a momentami wyglądał jakby wyszedł spod ręki samego mistrza suspensu, Alfreda Hitchcocka. W trzeciej partii to my przejęliśmy kontrolę nad wydarzeniami na boisku i dyktowaliśmy warunki. Tie-break to był już popis gry naszych siatkarzy. Po zwycięstwie 3:2 czas na regenerację i walkę w dzisiejszym spotkaniu.

To nie był mecz dla kibiców o słabych nerwach. Tych mógł z pewnością momentami przyprawić o palpitację serca. Początek pierwszego seta wyglądał obiecująco. Przy dobrych zagrywkach Kaczorowskiego wyszliśmy na prowadzenie 6:5. Niestety, w połowie seta coś „zacięło się” w poczynaniach naszych siatkarzy. Wśród rywali dobrze serwował Lubaczewski, a przerwa wzięta przez szkoleniowca Gwardii ożywczo podziałała na przyjezdnych, którzy zaczęli seryjnie punktować. Przy stanie 16:14 o czas poprosił trener Stelmach, ale po powrocie na parkiet gra Stalowców nie wyglądała lepiej. Rywale wciąż dobrze serwowali, a my mieliśmy problemy z przyjęciem. Ostatecznie po naszym błędzie wrocławianie wygrali 25:19.

W drugiej odsłonie liczyliśmy na lepszą grę, ale rozpędzeni rywale szybko osiągnęli przewagę już na początku partii. Stal była po raz kolejny zmuszona, by gonić wynik. I to naszej drużynie na początku seta się udawało. Wynik często oscylował wokół remisu. Blok na J. Stolcu spowodował jednak, ze rywale odskoczyli na dwa oczka i znów zaczęli konsekwentnie powiększać prowadzenie. Ponownie świetnie serwował Lubaczewski. Nie tylko odrzucał nas od siatki, ale zdobył też punkt bezpośrednio z zagrywki. W tym momencie było już 12:8 dla wrocławian. Nasz szkoleniowiec wziął czas i tym razem przerwa dodała nam animuszu. Ponownie zaczęliśmy odrabiać straty. Goście mieli jednak dobrze dysponowanego w ataku Superlaka, a do tego dokładali też efektywną obronę. Udało nam się jednak ponownie doprowadzić do remisu po 17, ale w końcówce partii to rywale zachowali zimną krew. Po bloku Arkadiusza Olczyka wrocławianie byli o krok od wygranej. Ostatecznie o losach tej partii przesądził błąd dotknięcia siatki naszej drużyny. Gwardia wygrała 25:23.

W minorowych nastrojach czekaliśmy na trzecią partię. Na boisku w miejsce Stolca pojawił się Makowski i to okazało się kluczowym momentem tego meczu. Od stanu 8:6 zaczęliśmy konsekwentnie budować przewagę. Znakomicie bronił Czunkiewicz, a w polu zagrywki dobrze spisywał się Bućko. Przy stanie 13:8 dla Stali o przerwę poprosił trener przyjezdnych, Piotr Lebioda. Tym razem nic to jednak nie dało gościom, a nasi siatkarze poszli za ciosem. Wrocławianie próbowali ratować się zmianami, ale konsekwentna gra Stalowców wytrącała im jakiekolwiek argumenty.  Nasza drużyna wykorzystała już pierwszą piłkę meczową i wygrała tę jednostronną partię 25:13.

Liczyliśmy, że w czwartej partii Stalowcy pójdą za ciosem. Znów świetnie grał Michał Makowski, który wprowadził wiele ożywienia w poczynania naszej drużyny. Dobrze spisywaliśmy się także w polu zagrywki. Początek seta był wyrównany, a walka toczyła się niemal punkt za punkt. Przy stanie 11:9 dla gospodarzy, o czas poprosił Piotr Lebioda. Gdy zaczęliśmy popełniać proste błędy, w Hali Nysa ponownie zrobiło się nerwowo. Po przekroczeniu linii 3. metra przez Kaczorowskiego mieliśmy już tylko jeden punkt przewagi. Wtedy jednak sprawy w swoje ręce znów wziął Michał Makowski, tym razem świetnie spisując się w polu zagrywki. Po jego asie odskoczyliśmy na trzy oczka (19:16). Przyjezdnych stać było jeszcze na jeden zryw, ale ostatecznie to my triumfowaliśmy w tej partii 25:20.

Losy meczu rozstrzygnął tie-break. Początek piątej partii to wręcz koncertowa gra gospodarzy. Wychodziło nam niemal wszystko.  W polu zagrywki brylował Szczurek, dobrze graliśmy też na siatce. Kiedy zablokowaliśmy Maruszczyka i prowadziliśmy 8:1, było już niemal jasne, że nie przegramy tego meczu. As Kaczorowskiego dał nam 11 punkt (przy trzech gości) i pozostało tylko postawienie kropki nad i. Ten sam zawodnik (wybrany później MVP meczu) zdobył decydujący punkt w ataku. Wygraliśmy 15:8 i cały mecz 3:2.

– Po dwóch pierwszych setach potrzebowaliśmy kilku męskich słów. Udało nam się zmobilizować i mam nadzieję, że dzięki dobremu przygotowaniu fizycznemu zwyciężymy również w kolejnym spotkaniu. – powiedział po meczu bohater spotkania, Michał Makowski. My również na to liczymy. Początek dzisiejszego meczu z Gwardią o godzinie 18.